MODLISZEWICE W RELACJI J. BARTOSZEWICZA (1848)



Przegląd Naukowy z czerwca 1848 r. zawiera niezwykle szeroką i barwną relację Juliana Bartoszewicza dotyczącą Modliszewic, w szczególności ruin zamkowych. 

Autor posługuje się nazwą Modliszowice.

Niespełna o pół mili drogi od Końskich, uderza postacią swoją i rozwalinami, stary, opuszczony modliszowicki zamek... Okolica nie ma nic w sobie przyjemnego: nędzna wieś po której rozrzucone ubogie chaty, dziwnego kształtu chałupy wieśniacze i zagrody. Oko nigdy by się nie zatrzymało na tych ponurych miejscach i serce nigdy by tutaj nie zatliło, gdyby nie ten stary zamek , o którym mówiliśmy , a do którego tłum wspomnień przywiązany.

Julian Bartoszewicz (1821 - 1870 w Warszawie)  to polski historyk, encyklopedysta oraz slawista.

W latach 1842-1847 był nauczycielem w gimnazjum warszawskim. W 1847 został przeniesiony do Końskich, gdzie pracował dwa lata w szkole powiatowej. Przyczyną przeniesienia był nieakceptowalny przez władze artykuł Bartoszewicza o Helenie Iwanownie, córce Iwana III i żonie Aleksandra Jagiellończyka. 

Bartoszewicz został upamiętniony ulicą w Warszawie. Jest on także patronem szkoły podstawowej w Żarnowie. 

Zamek w Modliszewicach został wybudowany w końcu XVI w. przez Andrzeja Dunina Modliszewskiego według projektu włoskiego architekta Santi Gucciego w miejscu dawnego dworu Odrowążów z XIV w. W XVII w.  Modliszewice kupił Jan Lipski, późniejszy arcybiskup gnieźnieński i prymas Polski.

W  XVIII w. dwór przeszedł w ręce Małachowskich, a od ok. 1869 r. następnymi właścicielami byli Tarnowscy.

Wróćmy do relacji Juliana Bartoszewicza:

Tutaj w tych komnatach , na tych miejscach, rodzili się i umi­erali Modliszowscy. Wymarli wreszcie wszyscy — do ostatniego. Rodzina obca, choć zamożna objęła po nich te mury , zamek spustoszał, opuścił go dwór wesoły, huczny a świetny; te baszty i strzelnice przestały postrachem być dla Tatarów, dworzec  się w rozwaliny rozsypał, sadzawki wyschły, mech swobodnie wdarł się na krużganki i dachy, — z wielkości pozostały gruzy! 

Ale za to wspomnienia świecą podróżnemu, kiedy rzuci okiem na modliszowiecki zamek. Życia tu nie ma, śmierć tylko. Ale wszędzie widać, jak drzymie tu święta przeszłość, rozbudzi się i  wstanie przeszłość jak z martwych i dziwy rozpocznie. Poezya i przeszłość drzymią , marzą, błąkają się po tych rozwaliskach... Zamek byłto kiedyś niewielki, ale obronny jak rzadko, podług wszelkich prawideł spółczesnej sztuki wojennej. Otaczały go w około szerokie fossy, nalane wodą głęboko ;  wysoki okop znajdował się także naokoło zamku, broniąc przystępu do fossy. Za okopem widać było, jak  woda oblewała zamek i widać dziś jeszcze mocny mur z kamieni, którym od strony zamku obwarowaną była fossa. Okolica ta była bardzo sucha, nie tylko rzek spławnych, ale nawet strumieni nie miała nigdzie w pobliskości; najbliżej do Pilicy, a jednak i tak będzie mil dziesięć. Modliszowscy panowie zatem, mieli wiele kłopotu, żeby dostać wody do sadzawki, co otaczała zamek. Ale wielkiemi nakładami potrafili usunąć tę przeszkodę. Niedaleko od ich siedziby i rodzinnego gniazda, o małe pół milki, w Sierosławicach , maleńkiej wioseczce, co stanowiło cząstkę dóbr modliszowickich, są góry, z których wzrok sięga na kilkanaście mil w około. Powiadają włościanie tutejsi, że w czas pogodny, przy promieniu wiosennego słońca, bystre oko dojrzy z tych gór wierzchołka nawet świętych murów Częstochow y i krzyżów , co się pochyło unoszą nad kościołem cudownej Maryi. Z gór Sierosławskich można było dostać rudę żelazną , a nadto z nich jak ze skały sączyła się woda. Modliszowscy panowie wkopali się do wnętrza gór i budowali tu pompy i podziemne kanały. Z a pośrednictwem tych sztucznych, niewidzialnych dla oka podkopów , z gór sprowadzali kanałami wodę do sadzawki pod zamkiem, i woda tam spływała obficie. (…) 

Zamek modliszowicki stoi tyłem do gościńca, który prowadzi do Końskich. Nic więc dziwnego, że od tej strony tak wysokie wznosiły się okopy. Czołem zamek obrócił się na wschód, ku wsiom niedalekim. Ztamtąd od Proczwina wyglądał zamek wspaniale i dumnie. Szeroko przed nim, od strony wjazdu, rozciągał się ogród dla wygody państwa, zapewne spacerowy, z drzewami obciążonemi owocami. Dziś nie ma śladu ogrodu i jego dawnej piękności.(…) 

Założyciel modliszowickiego zamku lubił widać i poezyą i napisy. Są w sieni ślady, że napisów tutaj było nierównie więcej. Po lewej stronie, pyszne te mury nie mieszczą na sobie żadnych przekonywających dowodów, za to po prawej każde niewprawne oko dostrzeże nawet litery, ale myśli nie chwyci rozum , nowe jakieś i bardzo niedawne wapno, zatarło pismo , z wielką szkodą dla starożytników, ludzi i wspomnień. Musiały tam być jednak wiersze pisane we dwa rzędy, przez całą szerokość pałacu.  Dwóch takich napisów są ślady widoczne. Z drugiego zaraz od galeryi, przeczytaliśmy tylko drugi wiersz: „Gdzie gospodarz ladajaki.” Nam się zdaje, że muszą to być Kochanowskiego wiersze, albo jakiego innego spółczesnego poety. Modliszowicki pan wybrał sobie to z pism uczonych swojego czasu , co mu najwięcej dogodne było do jego położenia i chęci, i wiersze pojedyncze, oderwane zdanie zapewne, drukowanemi literami na czarno, kazał powypisywać na swoim pałacu. Kto wie, czy Kochanowski uproszony od pana modliszowickiego zamku, umyślnie dla zamku nie ułożył kilku wierszy, kilku zadań w rymy? Wieszcz Czarnoleski był sandomierskim ziemianinem. Matka jego Anna z Białaczowa Odrowężówna rodem była z tych okolic, bo Białaczów ztąd leży o dwie mile tylko. Modliszowice zatem leżały w jego stronach rodzinnych i miłych sercu. Bywał tu nieraz Jan z Czarnolesia, nie zgrzeszym bardzo, jeżeli wniosek taki dopuścim.” (…) 

Jak szczupłym wydaje się nasz pałac z dziedzińca, tak szczupłym jest w istocie. Z sieni zaraz po prawej ręce, drzwi jedne wiodły do wielkiej izby gościnnej (dziś powiedzielibyśmy: do salonu). Obszerny to był pokój, jedyny, najobszerniejszy w zamku. Tutaj zapewnie odbywały się huczno wszystkie uroczystości miejscowe. Czas zatarł ślady jakie nosiła powierzchowność tej izby. Sklepienia w łuki kształtne m usiały się tutaj zaginać , a światło przepuszczały staroświeckie okna. Widok z okien obejmował rozległą przestrzeń, przez pole, do lasów, co mierzchły jakby za błękitem nieba. Dzisiaj stąpać po tej izbie trzeba ostrożnie i z lekka, bo pod mchem zielonym są dziury, załomy i można spotkać tutaj przez nieostrożność nieszczęście. (…)

Opisywany jest rodowód Duninów - Modliszewskich. 

Duninów ród w Polsce, sięga początkami swojemi czasów Bolesława Krzywoustego. Praojciec nazwisko miał wziąć początkowo z Danii, i u nas w Lechii  doszedł do znakomitych dostojeństw. Był on prawą ręką Władysława III, syna Krzywoustego, i Naruszewicz ze starych kronik opowiada anegdotę, która rozerwała ten związek możnego pana z książęciem krakowskim. Nam się nie zdaje, żeby Piotr Dunin wyszedł koniecznie z Danii. Nazwisko Dunin wiele podobne do Danii? kto wie, czy nie od niej pochodzi?

 

Autor urokliwie, i jak się okazało ponadczasowo, podsumowuje: 

My też z boleścią spoglądaliśmy na te mury, które sterczą w Modliszowicach od wieków, rozglądaliśmy przeszłość, wspominaliśmy dzieje dawne, i cienie postaci Modliszowskich migały się niewyraźnie, błędne, nierozświetlone przed oczami naszemi, które mgłą zaszły i łzami...

Pobierz "Przegląd Naukowy" z 1848 r. z pełnym artykułem "Modliszowice"