„KRAJ TO NIEURODZAJNY, PUSTY, NIEŁADNY” - KORESPONDENCJA Z OPOCZYŃSKIEGO (1858)


 „Kronika Wiadomości Krajowych i Zagranicznych” była  gazetą wydawaną w Warszawie w latach 1856-1860. 

W numerze z 26 sierpnia 1858 r. ukazał się artykuł z cyklu „Korrespondencja Kroniki”: „Z Opoczyńskiego 19 sierpnia 1858 r.” 

Autor opisywał okolice Opoczna, Końskich, Żarnowa i Sulejowa. Pojawia się także wzmianka o pożarze Bedlna.

 

Spieszym podzielić się z czytelnikami naszego pisma kilku wrażeniami, wyniesionemi ze świeżej przejażdżki po okolicach opoczyńskich. Korrespondenci z miast nawet większych, jak np. z Poznania, Wilna, narzekają często, ze nie mają o czem pisać i zamykając się sami dobrowolnie w zbyt małem kółku, nie chcą spojrzyć szerzej w świat, bo nam się zdaje, że owszem i z największego partykularza na świecie, można pisać o przedmiotach miejscowych, o tem co ludzi szerzej w kraju zainteresować może. Dowód niech chociaż to stanowi, ze piszemy teraz z Opoczyńskiego. Kraj to rzeczywiście nie dla korrespondencji, nieurodzajny, pusty, nieładny, bez życia. Ale kraj ten ma i zaletę swoją; śladów historji, pamiątek tutaj dużo, nie takich jednak pamiątek żeby uderzały, coby od razu biły w oczy, bo tutaj nie ma ani wspaniałych kościołów, ani instytucji pokrytych pleśnią starożytności itd., ale jest wspomnień rodzinnych, wypadków historycznych mnóstwo i trzeba się tera z wszystkiem wprzódy bliżej poznać, żeby wiedzieć, że ziemia opoczyńska pod tym względem nie różni się w niczem od innych ziemi polskich i jest na wskroś Ziemią historyczną, co krok, co godzina podróży. Ale ta jej piękność archeologiczna nie uderza bynajmniej przechodnia i mieszkańca, żeby  albowiem z tej strony oglądać piękność Opoczyńskiego, potrzeba mieć erudycję.

Dla zwyczajnego podróżnika, okolica to jedna z najsmutniejszych, z najbiedniejszych w kraju, a szeroko się rozlega, bo i na całe Rawskie rozciąga się ten pozór jednostajności bez życia.  Znajoma jest powszechnie gminna powiastka o diable, który skądyś biegł z worem kamieni, aż się nagle przeląkł i rzucił kamienie na ziemię. Było to właśnie nad Rawskiem i Opoczyńskiem, które z sobą graniczą, rozdzielając Mazowsze od Małopolski, stąd to taka obfitość kamieni na gruncie z natury swojej niewdzięcznym. W istocie, podróż w tych stronach może nabawić choroby na dni kilka przynajmniej, delikatniejsze organizacje.

Oprócz jednostajności, jaką się te okolice odznaczają, na nas i to jeszcze smutnie oddziałało, że kommunikacje tak bardzo są w Opoczyńskiem utrudnione. Co to jest, żeby w dziewiętnastym wieku, w którym mamy telegrafy łączące oceany, w którym niemal codzień odbieramy wiadomości z najoddaleńszych krańców ziemi w przeciągu dni kilku, czekać po tygodniach całych korrespondencji np. z Warszawy! A fakt jest właśnie taki. Poczta do Opoczna, a stąd do Końskich, z Warszawy przez Radom, dochodzi tylko w dwóch dniach graniczących z sobą, to jest we środę i w piątek. Od. piątku zatem do środy jest pięć dni, długich jak zimowe noce; a teraz zważywszy na odległość od wiosek tych ognisk pocztowych, wynoszącą po dwie i trzy mile; zważywszy na to, że przy takiej odległości nie zawsze szlachcic może oderwać rękę jaką od pracy przy roli, żeby posłać po gazety lub listy do Opoczna i Końskich (bierzemy tutaj za przykład okolicę, w której obecnie bawimy),  przyjdziemy oczywiście do wniosku, że to okolica smutna i że tak smutną jużby dzisiaj być nie powinna, ze wzrostem w ogóle środków kommunikacyjnych w kraju. Ztąd to przyczyna, że np. do dziś dnia Kronikę ostatnią widzieliśmy tutaj z dnia 6go, a Gazetę Warszawską zaś już z 10-go sierpnia. Człowiek tutaj spadłszy z innej jakiej okolicy kraju , znalazł się jak w puszczy, ani wie co się na świecie dzieje, nie wie nawet co w Warszawie słychać.

W ostatnich czasach zbudowano drogę bitą (szosse) z Piotrkowa przez Sulejów, Wojcin, Wielką Wolę i Żarnów, a dalej traktem kieleckim. Wolno szła bardzo ta robota, bo od lat już dziesięciu, jedynastu, kiedyśmy zaczęli jeździć tym traktem od Piotrkowa w Opoczyńskie, słyszeliśmy ciągle o zamierzonej budowie tej drogi, która przecie od roku mniej więcej stanęła dla publicznego użytku, lubo nie cała jeszcze, bo około Wojcina (wieś kościelna, własność Więckowskich) będzie blizko milę drogi samych piasków , aż pod Sulejów. Spodziewać się należy, że w ciągu r. b. lub na wiosnę, i tę przerwę uzupełnią, bo gościniec wytknięty i w znacznej części już nawet wysypany. Wielkie to dobrodziejstwa dla okolicy, odległości znacznie się zmniejszyły, stosunki z Piotrkowem częstsze i wygodniejsze, ale to jeszcze nie dosyć.

Życzyćby należało, żeby po tej drodze urządzić bieg codzienny poczt od kolei żelaznej, jak to ma miejsce na innych traktach pobocznych, ciągnących się od tej wielkiej naszej arterji kommunikacyjnej. Myślą już o tem obywatele od dawna, to jest od lat czterech, pięciu przynajmniej; stacje pocztowe wygodnie urządzone być mogą w Sulejowie i w Żarnowie. Ale widać mało jeszcze w tych stronach inicjatywy, mało pochopności do czynu. A zaprowadzenie takich stacji pocztowych byłoby drugiem wielkiem dobrodziejstwem dla okolicy, bo by ją więcej ożywiło, zbliżyło do ogniska cywilizacji krajowej.

Dotąd Opoczno jedynie usiłowało zapewnić sobie bezpośrednio codzienny związek z Piotrkowem, i z koleją żelazną, ale nie udało się —gazety i listy znowu idą dawniejszą drogą przez Radom z Warszawy. Oczywiście, tutaj trzeba solidarności okolic; jeżeli kolej żelazna ma wywierać wpływ swój bezpośredni i na te strony, potrzeba żeby do tego urządzić całe kilkunastu milowe trakty, nie zaś trakciki z miasta do miasta. W tej stronie emulują z sobą o pierwszeństwo Końskie z Opocznem; Końskie było, Opoczno jest stolicą powiatu.

A jednak rzecz dziwna, Końskie ciągle zostaje na boku, szossa znikąd do Końskich nie prowadzi, nawet i ów bity trakt z Piotrkowa do Żarnowa pominął to miasteczko. Otóż przy regulacji stosunków kommunikacyjnych, koniecznie potrzebaby w systemat solidarności wciągnąć i Końskie, niesłusznie zapomniane, a kiedyś bogatsze, pełne życia, bo leżące w okolicy rud żelaznych i fabrycznej.

Jeżeli odwrócim uwagę od rzeczy przyszłości, a zwrócim ją ku teraźniejszym zajęciom okolicy, znajdziem i tutaj smutne widoki. Powszechną treścią rozmów dzisiejszych w Opoczyńskiem, są skargi na nieurodzaje. Od małego do wielkiego wszyscy narzekają. Naprzód ogromne susze zniszczyły nadzieje rolnika, potem kiedy już zboże ścięte leżało na polu, rozlały się deszcze, a plony prawie całkiem porosły. Do tego zboże tak się sypie na polu, że podobno i siaćby nie potrzeba, tylko podorać, gdyby to było na wiosnę. Bywały i grady po okolicach. Ztąd oczywiście wielka drożyzna, a większą jeszcze przepowiadają. Byłem na jarmarku w małem miasteczku Żarnowie, który się odbywał we środę po Wniebowzięciu, Ludzi masa, wozów chłopskich, bydła, trzody chlewnej niezmiernie wiele, prawie się ani przecisnąć po biednych uliczkach, chociaż dosyć szerokich. A jednak interessów robiło się niewiele, dla braku pieniędzy. Trzoda, bydło szło za bezcen. Ze zboża najwięcej było owsa, który płacono po 9 do 10 złp. za korzec, ale go nie wiele w całej okolicy. Sami byliśmy świadkami, jak szlachta nawet w dalszych stronach poszukiwała owsa, potrzebnego dla wyżywienia inwentarza, którego w przeciwnym razie chciałaby się pozbyć; ale tutaj nowe trudności. A trzeba i to wiedzieć, że w skutku morderstw xięgosuszowych, inwentarza tego bardzo mało tam gdzie np. było po 30. sztuk bydła, dzisiaj zaledwie jest po 8 — 10 sztuk.

Ztąd nabiału wszędzie mało, a masła ani dostać. Na jarmarku płacono za kwartę rozchlapanego masła, takiego że aż się lało, po złp. 2 gr. 15. W innych czasach żaden dwór szlachecki nie spojrzałby nawet na taki produkt. Owoców też nie wiele się urodziło i drogie są. Ale za to grzybów po lasach ogromne mnóstwo, ćwierciami do dworów noszą je włościanki i sprzedają za bezcen, za parę groszy. Jarmark w małem miasteczku opisywało już kilku i w bardzo malowniczy sposób; pamiętamy szczególniej obrazek Kraszewskiego we Wspomnieniach Wołynia; nie ma więc tu potrzeby opisywać jarmarku żarnowskiego, po raz może dzięsiąty z kolei. Dzisiaj tylko tę przelotną zrobimy uwagę, że ostatnie rozporządzenia rządowe kasujące wieje jarmarków po miasteczkach i ograniczające je do liczby najwięcej sześciu na rok, nie trafiły zupełnie do celu. Jarmark w małem miasteczku jest wypadkiem dla całej okolicy, jest świętem, większem od największego święta. Na żaden odpust tyle się ludzi nie zjeżdża i nie schodzi, co na jarmark. Wiele ztąd złego. Naprzód próżniactwo krzewi się, bo na ten dzień wszystko co żyje po wsiach (nie mówimy tutaj o klasie jedynie włościańskiej) odbiega pracy, żeby się upić na jarmarku. Ztąd powtóre idzie demoralizacja. Można się albowiem różnym harcom przypatrzyć: kłótniom, bijatykom, wymysłom, że aż od patrzenia się na to, boli nieraz serce i głowa. Rozporządzenie zatem mające na celu umniejszenie dla ludu liczby tych świąt, obchodzonych po kościołem, jest cywilizacyjne piękne, ależ na co to wszystko się zdało? Jest i na to sposób. Władza miejscowa odwołuje jarmarki, niby pod pozorem że się nie udają. Ztąd zamiast jednego, są dwa, trzy, a każdy lepszy, w poprawnem wydaniu. Trzebaby zapobiec i temu, bo te częste parady psują porządek prac około roli i bałamucą wioski.

Z nowin miejscowych, to możem donieść, że w tych dniach oto spaliło się Belno, to jest we wsi chałup kilką i plebania; kościół zaś był w wielkim niebezpieczeństwie, ale uratowany. Nie wspominalibyśmy o tem, bo takie pożary wiejskie zapewne nie są rzadkie w Królestwie i bliżej interesować nie mogą, gdyby nie ta okoliczność, że dziedzicem Belna jest pan Jacek Wolski, obywatel znany w kraju ze swych usiłowań ku podniesieniu gospodarstwa, twórca pudretów, fabrykant sukna chłopskiego z wystawy londyńskiej, człowiek, który na stare lata wziął się gorąco do pracy i nie ustaje w niej, który nawet piórem wspiera wszystkie prawie nasze pisma rolnicze przy gazetach wychodzące. Proboszczem przy tymże kościółku Belnowskim, był xiądz Józef Szpaderski, zacny nauczyciel ludu, który w ostatnich czasach wystąpił w kwestii włościańskiej i pisał dosyć w tym przedmiocie.

Ważniejszą jest z okolicy druga wiadomość. Oto w Sulejowie znaleziono skarby. Sulejów jest to stare miasteczko i bardzo historyczne, żyło już albowiem za czasów Kazimierza Sprawiedliwego. Wsławiło to miejsce szczególniej opactwo, jedno z najbogatszych na ziemi polskiej. Szczegółami nie będziem zajmowali czytelników, których odeślem do artykułu naszego pomieszczonego przed dwoma laty w Xiędze świata: jest tam i wizerunek opactwa, jak się dziś oku podróżnego przedstawia, zdjęty z natury przez ś. p. Władysława Wieczorkowskiego, zacnego bardzo młodzieńca. Otóż opactwo to, jak wszystko na świecie, uległo z czasem ruinie i dzisiaj stoi pustkami. Kościół i zabudowania klasztorne stoją za Pilicą, kiedy się jedzie od Piotrkowa; miasteczko zaś samo przed Pilicą.

W Sulejowie jest parafia; do klasztoru po supresji w ostatnich latach dołączono parafijkę ze wsi leżących za Pilicą, już w Sandomierskiem i dano jej kommendarza. Tak, osobliwość się tutaj znajduje, rzadka w miasteczkach naszych, że są razem dwie parafie. Xiądz kommendarz i świeżo przed kilku laty osiadła tutaj siostra Klara Zienkiewiczówną, utrzymująca ochronę małych dzieci, przytem szczupła służba kościelna, zapełniają jako tako te pustki. Przejeżdżaliśmy ze trzydzieści razy przez Sulejów i jakoś nigdy nie przyszło nam postać w tych murach, chociaż ciekawość ciągnęła. Klasztor leży albowiem dosyć daleko od miasteczka, któremu imponuje i trzebaby się umyślnie wybrać do niego, a tymczasem zawsze śpieszno nam było w przejeździe. I ledwieśmy teraz po wielu latach odżałowali czasu na zwiedzenie tych ruin, gdyż wieści o tutejszych odkopaliskach i poszukiwaniach, bynajmniej nie archeologicznych, świeżo dokonanych, i nas osobiście mocno zajęły i w całej okolicy rozrzuciły wiele baśni. Żałowaliśmy zawsze niezmiernie tych murów, tak nielitościwie rzuconych na pastwę losu. Ubolewaliśmy zawsze nad tern, czemu arcybiskup Malczewski, który supresję podpisał, nie nadał tym pięknym a różnym gmachom jakiego innego przeznaczenia? Przecież te kościoły, te klasztory, te baszty i wieże, przodkowie nasi wielkim nakładem dla przyszłych pokoleń budowali. Cieszyliśmy się niezmiernie, że Lęd pobudził przecie litość dostojnego zakonnika, i że wyjrzał weselej ze swoich ruin, że wrócony jest czci bożej. Ale ów Lęd znaliśmy tylko ze sławy, z daleka, na Sulejów patrzeliśmy codziennie i serce się nam krajało.

Dowiadujemy się w tej chwili, że zabudowania opactwa Jędrzejowskiego, także od pół wieku rzucone na pastwę czasowi, zajęli świeżo Reformaci. Szczęść Boże! Ale dla pracy poczciwej, dla zabiegów świętych, dla służby Bożej, wiele jeszcze u nas ruin, któreby mogły znaleźć taką nad sobą łaskawą opiekę, jaką znalazły Lęd i Jędrzejów. Może zwrócona teraz powszechna uwaga na Sulejów, z powodu świeżych odkryć, i to stare opactwo benedyktyńskie wyrwie z paszczy zapomnienia. Wszakże tutaj kościół i po dziś dzień większy i piękniejszy od bardzo wielu, szkoda, by marniał tak okropnie. Oddać go zaś wyłącznie służbie parafialnej, nie jest to go wyratować; tylko zakonnicy mogą gościć w tych murach, bo tutaj koniecznie, do tego ogromu zabudowań, kilkunastu xięży, nie kilku potrzeba.

 

Wspomniana w tekście Klara Zienkiewiczówna to siostra zakonna, która w latach 1852 – 1861 przebywała w klasztorze i wyrestaurowała spalony w 1847 r. kościół. [źródło: https://sulejowhistoryczny.wordpress.com/tag/klara-zienkiewiczowna/] 

Wymieniony w artykule ksiądz Józef Szpaderski (1816-1877) to kapłan diecezji sandomierskiej. Do 1848 r. był nauczycielem religii w Końskich, po czym został proboszczem w Bedlnie. W 1854 r. przeniesiono go do Osieka. W 1858 r. objął katedrę patrologii i homiletyki w warszawskiej Akademii Duchownej, a w 1867 r.  probostwo w Przedborzu. Zmarł w Warszawie i pochowany został w katakumbach na Powązkach w Warszawie.  Za życia opublikował m.in. kilka katechizmów wydanych drukiem, ale zostały ocenione jako "surowe i bezwartościowe". Ostrzegał młodzież przed prowadzeniem rozmów na gorszące tematy, pouczał by omijali nieprzyzwoite miejsca. Uznawał czytanie książek tylko religijnych bądź wydawnictw fachowych. Natomiast dramaty, romanse czy komedie uważał za książki nieprzyzwoite, a udział w przedstawieniach teatralnych miało wedle księdza Szpaderskiego zgubny wpływ na młodzież, ponieważ przez to nabywało się uprzedzeń do religii i moralności. [Źródło: http://historiaprzedborza.blogspot.com/2017/04/ksiadz-jozef-szpaderski-proboszcz.html] 

Wskazany w artykule Jacek Wolski  (1790-1873) to dziedzic Bedlna, który pełnił urząd sędziego pokoju, najpierw powiatu kieleckiego, później powiatu opoczyńskiego i na koniec okręgu koneckiego.  Za jego sprawą Bedlno stało się w II połowie XIX wieku ważnym ośrodkiem tkactwa ludowego.  [źródło: Marian Adamczyk „Bedlno i okolice. Dzieje miejscowości leżących w parafii Bedlno”. Wydawnictwo Arslibris.] 

Zobacz cały numer "Kroniki Wiadomości Krajowych i Zagranicznych" z 1858 r.