"MŁODA MYŚL" CZASOPISMO GIMNAZJUM W KOŃSKICH (1932)


POBIERZ  CZASOPISMO "MŁODA MYŚL" NR 1 Z 1932 [wydawca: grono uczniów Gimnazjum Koedukacyjnego w Końskich]

Gimnazjum im. Św. Stanisława Kostki w Końskich (obecnie siedziba I Liceum Ogólnokształcącego) zaczęło nauczanie w 1915 r. W kolejnych latach Gimnazjum zyskiwało coraz większą renomę. 

W 1928 r. dyrektorem placówki został Józef Lambert. W tym też roku gimnazjum stało się koedukacyjne.  

W latach 1931-1939 jednym z wychowawców była Helena Kosina, polonistka, która prowadziła także bibliotekę oraz zajęcia w drużynie harcerskiej. 

 

 

Po wojnie Helena Kosina osiadła w Sanoku. Zmarła w wieku 100 lat w 2000 r., przez ponad 40 lat całkowicie pozbawiona wzroku. 

 

Więcej o Helenie Kosinie, która przez można znaleźć w artykułach: Niedziela przemyska 10/2002Niedziela przemyska 14/2003.

 

W książce "Beksińscy. Portret Podwójny" [Autor: Magdalena Grzebałkowska] czytamy, że Helena Kosina była przyjaciółką tej niecodziennej rodziny: [o Zdzisławie Beksińskim] "Robi portret Helenie Kosinie, ociemniałej przyjaciółce Stanisławy Beksińskiej. Uwydatnia jej zmarszczki, czyni ją brzydką i starą, choć ta ma dopiero pięćdziesiąt pięć lat."

 

W 1932 r. Helena Kosina redagowała czasopismo Gimnazjum im. Św. Stanisława Kostki w Końskich.  

 

Zachował się numer 1 (czy były dalsze?), utrzymany w patriotycznym tonie, nie brakuje także luźniejszych motywów, żartów i szarad.  

 

W numerze wymienione są postacie: Stanisław Makuch, pułkownik Świąder, "oficerowie Malicki i Panek"prof. K. Kaca, Tadeusz Ignerowicz , Oldrzych Kafka, Józef Fornal, Stefan Wełpa , Czesław Laurman, Mieczysław SzymańskiZofja Rosławińska. 

 

Szczególnie ciekawa z punktu widzenia poznania życia codziennego kadry i wychowanków Gimnazjum jest kronika z następującym wstępem:  

 

Nikt nam nie zaprzeczy, że naszą budę w Końskich kochamy, tak, że w dowód miłości do niej dalibyśmy sobie nawet tępym scyzorykiem głowę uchetłać, ale, prawdę powiedziawszy, to nie tak nam się znów bardzo do niej ckniło, jak myśleli prawdopodobnie nasi Wychowawcy, każąc nam na gwałt zjeżdżać na 1-go. Na pewno ze dwa malutkie tygodnie przydałyby się jeszcze, jak ulał i nikt z nas, daję słowo, nie miałby do nikogo pretensji, ale co było robić? Trzeba było manatki zbierać, łachy pod pachy, jak to się mówi, powiedzieć ojcu, matce „do widzenia, "wpakować swoje “trzy grosze" w ciasny i tak przedział wagonu i jechać parę godzin do Końskiego Grodu, jakby tam, Boże uchowaj, stało się co złego, pożar jaki!